Mój plasterek na zlamane serduszko 🫀🩹

Zawsze chciałam mieć psa. Wychowywałam się z psami, od zawsze były w moim życiu. Mieliśmy się wstrzymać dopóki nie skończymy ogrodu. Ale nalegałam, męczyłam, trułam, narzekałam że jest mi źle…. i tak po wizycie u ginekologa w listopadzie, kiedy potwierdził że ciąża się nie rozwija, i trzeba odstawić progesteron i czekać na oczyszczenie, pan S. Powiedział tak 😅 czego zastając dom cały w pogryzionych kablach z amplitunera, zdarzyło mu się żałować 🤣

Następnego dnia w naszym życiu pojawiła się 8tygodniowa czekoladka Luna.

Wszyscy ją pokochali, ale 90% osób w rodzinie komentowała naszą nową lokatorkę tekstami:” psa na zimę się nie bierze”, „nie macie ogrodu gdzie będzie biegać?”, pogryzie wam wszystko w domu a macie nowe rzeczy”, „kto będzie z nią wychodził jak Was nie będzie?” I tak dalej i tak dalej…

Wpadało mi to jednym uchem, wychodziło drugim. Były z nią problemy owszem, kłóciliśmy się przez nią, owszem i to często, pogryzła parę rzeczy – no tak, w końcu to pies. Luna ma korzenie myśliwskie, lubię ją nazywać rasowym mieszańcem 😅 jej mama była labradorką, a tata cóż, pociupciał i zwiał 🤣 Ostatnio moja przyjaciółka zapytała mnie czy żałuję że najpierw wzięliśmy psa a później pojawi sie dziecko.

I chciałabym żeby cały świat to usłyszał:

Nigdy nie żałowałam, że ją mam, gdyby nie ona to pewnie wylądowałabym u psychiatry, lub w psychiatryku. Nie wiem czy w ogóle zaszłabym w ciążę, gdyby jej nie było. Luna odblokowała mi glowę, dała powód dla którego chciało mi się wstawać z łóżka, roztopiła moje skute lodem pełne żalu serce. Mimo problemów które z nią się pojawiły (Luna jest bardzo reaktywna i temperamentna, potrzebuje dużo ruchu, zajęć, ćwiczeń posłuszeństwa ) nigdy w życiu bym jej nie oddała, a jak ona zniknie z mojego życia to moje serducho pęknie na pół.

Od dnia w którym się pojawiła w naszym życiu, moje myśli krażyły głownie wokół niej. Szczepienia, jak szkolić, jak wychowywać, socjalizacja z innymi psami i ludźmi, nauka chodzenia na smyczy, nauka czystości w domu, przytulaski, system nagród i kar. Pękające serce jak wyjeżdżałam do pracy a ona piskliwym szczekaniem nas wołała. Ciąża zeszła na drugi plan. Przestała zajmować moje myśli przez 100% czasu, ból po drugiej nieudanej biochemicznej był, ale był inny. Bo miałam moją psią córcię.

Luna, Lulka, Luśka, Lufcia, Szogun, Kisialala, Kiszka, Koleżanka, Ksieżniczka. Moja psia córka, pierwsze dziecko, które nauczyło mnie cierpliwości, dzięki ktorej zrozumiałam co to bezwarunkowa miłość, na którą czasem krzyknę jak próbuje mi wejść na głowę, która pogryzła z 10par kapci conajmniej, wszystkie kable które były w zasięgu, róg kanapy, węże ogrodowe, front komody na buty, nogę krzesła w jadalni, kamień na ścienie z kominkiem (o zgrozo Pan S to ciśnienie miał chyba z 200 😬) nowy leżak ogrodowy, materac do basenu nawet moje majtki bezszwowe 😅. Prawdziwa demolka 😀

Mieszkamy sami w nowym domu, który własnymi siłami wykańczaliśmy, a raczej, On wykanczał nas 😅 Niedomeblowany dom, był pusty jak wydmuszka. Często lapałam się na rozmyślaniach, że nie chcę tam wracać. Było mi wstyd, bo dużo poświęcenia kosztował nas ten dom, ale naprawdę, wracałam do niego ze wstretem. Czułam że zabrał mi dwa lata życia. Jak pojawiła się Luna wszystko się zmieniło. Wracając z pracy do pustych pomieszczeń, naprawdę można było wpaść w depresję. Dopiero ten merdający ogonek, maślane ocyska wpuściły w moje życie spowrotem trochę miłości. Nie będę udawała że jest i było łatwo, bo nie było. Szczególnie że Pan S ma dużo mniej cierpliwość niż ja, a takie psie dziecko potrafi dać w kość solidnie. Ale za nic w świecie bym jej nie zostawiła, panikuję za każdym wyjściem z domu, żeby tylko jej się nic nie stało, żeby moj mokry nosek mnie przywitał po powrocie.

Czy martwię się, jak będzie kiedy Mała się urodzi ? Jasne że tak, ale mam cichą nadzieję, i widzę po Lulce jaka jest przyjazna dla dzieci, że bedzie dobrze. Że będzie jej najlepszym psijacielem, i obrońcą, podporą. Że będzie jej psią siotrą, tak jak jest moją psią córką 🥰

Uczucia.

Po wyjściu ze szpitala plamiłam jeszcze jakoś do 15 tygodnia. Byłam prawie ciągle w domu, często sama. Na początku unikałam wg zaleceń dużej ilości ruchu. Po jakimś czasie wróciłam do spacerów, krótkich wyjść z psem, czy szybkich małych zakupów. Wyjście do sklepu albo rodziny mieszkającej niedaleko, czy na spacer z przyjaciółką i psem, było dla mnie czymś mega ważnym, czułam że to jedne z niewielu rzeczy, które nadal utrzymują mnie w społeczeństwie, chociaż, tak długie przebywanie we względnej samotności (pan S w pracy, często również w weekendy ) sprawiło że stałam się trochę… odseparowana, i chyba nie do końca mi to przeszkadzało.

Dostaliśmy wyniki skorygowane pierwszych badań prenetalnych. Ryzyko wad genetycznych bardzo niskie. Ale.

Białko Pappa wyszło nisko… co oczywiście przynosiło kolejny powód do zmartwienia. Mimo że to tylko statystyka… Decyzja lekarza o ponownyn powrocie do Acardu skończyła się kolejnym koszmarem o krwawieniu, ale ono postanowiło się nie pojawić, przez długi dlugi czas.

Przeskakując od ostatniego dnia plamienia do drugich badań prenatalnych, napiszę trochę o uczuciach. Bo to one w tym okresie były glówną przyczyną moich ciążowych zmartwień.

Nigdy w życiu, ale to nigdy nigdy przenigdy, bym nie pomyślała, że ciąża będzie tak trudna emocjonalnie i psychicznie. Rok 2018 byl dla mnie rokiem bardzo ciężkim, była śmierć, wypadki, choroby, wszystko co najgorsze działo się w 2018roku. Nie sądziłam że ciąża która miała być tak pieknym okresem, przyniesie tyle nieznanych i często niechcianych emocji.

Emocja 1. Strach.

Myślę że dobrze wszystkim znana rzecz. Każdy czasem się czegoś boi. Ale co się dzieje z człowiekiem jeżeli boi się 24h/dobę?

Był ze mną wszędzie, w koszmarach, na spacerze, na wizycie u lekarza, w toalecie. Wszędzie i ciągle mi towarzyszył. Przez pierwsze 4 miesiące ciąży nie czułam prawie nic więcej poza strachem. Najpierw że poronię (krwawienia i plamienia zaczęły się przed pojawieniem się zarodka w usg), pózniej dodatkowo że badania prenatalne wyjdą źle (byłam od początku na dużych dawkach leków podtrzymujących i przeciwzakrzepowych, leki na astme i tarczycę, sporo tego było, i czasem zastanawiałam się czy nie szkodzę mojemu dziecku przez te wszystkie tabletki i zastrzyki. Jednak, miłość do tej rosnącej fasolki była większa. Kiedy badania prenatalane wyszły dobrze i zaczełam się nieśmiało cieszyć, zaczełam mocno krwawić i trafiłam do szpiatala – więc ciagle bałam się że każda radość spowoduje kolejne cierpienie. Bałam sie ruchu, żeby znowu nie pojawilo się krwawienie. Bałam się że będę cierpieć, i że kolejengo cierpienia nie jestem w stanie znieść. Tak intensywna fala strachu, delikatnie zaczeła odpuszczać jak łożysko sie podniosło, i skończyły krwawienia i plamienia. Powolutku, małymi kroczkami, strach zaczął się wycofywać, a ja zaczełam poznawać siebie na nowo, bo te wszystkie wydarzenia bardzo zmieniły moją osobowość.

Emocja nr 2. Brak zrozumienia.

„Przesadzasz”, „ciąża to nie choroba”, „weź sobie wiecej leków, napewno pomogą”, „jak sie czujesz”, „nie myśl tylko o złych rzeczach”, „za bardzo sie przejmujesz” ,”kiedyś to badań nie robili a dzieci sie rodziły”,” musisz jeść”, „nie możesz sie tak denerwować”,” czemu ciagle jesteś zdenerwowana?”, „nie da sie z tobą rozmawiać „, „mam Cię dosyć”.

Nikt, dosłownie nikt kogo znam, nie był w stanie zrozumieć tego co się ze mną dzieje. Nie winię za to nikogo. Jednak, ciągły brak zrozumienia, w połączeniu z burzą hormonów które zaczęły królować w moim ciele, strachem, który czaił się za rogiem, niestety chyba najbardziej mnie zmieniły. I myślę że są to zmiany, których już się nie da odwrócić. Nie będę juz nigdy tą osobą, ktorą byłam kiedyś. Nie potrafię. Nie chcę. Czemu to piszę? Bo wiem, że jest nas wiele. Niezrozumianych, zagonionych w kąt naszych własnych strachów, dzięki komentarzom ludzi, którzy nie rozumieją jak to wszystko działa. I głupio, może banalnie to zabrzmi. Ale.

NIE JESTEŚCIE SAME. JEST NAS Z MILION I JESZCZE WIĘCEJ. Nie jest z Wami nic nie tak, mamy wszystkie prawo się tak czuć, mamy prawo się bać, być złe na cały świat i nerwowe. To że ktoś tego nie rozumie, nie znaczy że jest z Nami coś nie tak. W takich chwilach, poznaje się kto jest prawdziwym przyjacielem…

Emocja nr 3. Zawód.

To na ilu osobach się zawiodłam, to chyba ciężko będzie zliczyć. I tu nie chodzi o to, że jestem w domu, mam na wszystko czas a inni muszą pracować. Nie, nie, ja to rozumiem. Że pracują, że są zmęczeni, że chcą odpocząć. Naprawdę. Tylko jestem na zwolnieniu od 6ciu miesięcy. Poza przyjaciółkami i rodziną, tak naprawdę większość znajomych, która się deklarowała że mnie odwiedzi, wpadnie na kawę, pogadać o nowinkach, pierdołach, czymkolwiek – nigdy do mnie nie dotarła. Mowię większość, bo ktoś wpadł na kawę. Z tym że, niektórzy ludzie, o których myślałam że są naprawdę moimi dobrymi znajomymi, tak naprawdę chyba wcale nimi nie byli. Bo 6 miesięcy to jest około 180 dni, 4320 godzin, i ciężko znaleźć w takim ogromie czasu 120 min, żeby wypić ze mną kawę i pogadać? Wiem, że jest to po części spowodowane brakiem mojej mobilności, bo mam problemy z prowadzeniem samochodu, ale mogłabym podjechać autobusem na miejsce. Wystarczy tylko powiedzieć kiedy… pytałam, zapraszałam przez jakiś czas. Aż w końcu odpuściłam. Trochę niezręcznie tak ciągle się na MUS komuś wpychać do życia. Sa też osoby, dla których przestałam istnieć, bo nie imprezuję już, i nie będę siedzieć do rana na imprezie, bo o 20 marzę o tym żeby wziąć prysznic, ubrać koszulę nocną, zjeść kolację, wziąć leki i zasnąć, bo wiem że z 5 razy w nocy się obudzę, a od rana czeka mnie kolejny maraton (letrox duphaston, feroplex, luteina, neoparin, acard, prenatal, ostatnio dodana została insulina z powodu cukrzycy… ) Trudno. Już mi na tym nie zależy. Jak już pisałam wcześniej. Zmieniłam się. Bardzo.

Cieszę się bardzo, i dziękuję Bogu że mam wspaniałe przyjaciółki, które mimo pracy, rodzin, małych dzieci i miliona obowiązków, potrafią znaleźć trochę czasu. Dziękuję za rodzinę, która zawsze pomoże, martwi się i troszczy o mnie. I dziękuję też za to doświadczenie, bo wiem dla kogo jestem ważna, a dla kogo jestem tylko kolejną osobą, dla której nie warto poświęcić godziny czy dwóch. Brzmi brutalnie ? Trudno, tak jest, i to się raczej nie zmieni.

Emocja nr 4. Radość.

Żeby nie było samych negatywów 🙈 jest coś pięknego, magicznego, i zarazem pozytywnie nakręcajacego, kiedy czujesz te małe stópki jak Cię smyrają od środka 🥰. Sama w sobie nie czuję się atrakcyjna, ale naprawde nie zależy mi na tym żeby wygladać pieknie, cudownie, lekko. Cokolwiek. Wkurzają mnie komentarze typu „o jej ale ty już masz duży brzuch!” (Faktycznie, dziwne że rośnie, naprawdę nie wiem czemu on kurka rośnie?! 😶) Ale wtedy myślę sobie o tej małej słodkiej istotce, dzięki której poczułam co to prawdziwe szczęście. I złość mija. I życie staje się jakieś takie łatwiejsze. To piękne uczucie kiedy idziesz sobie z koszyczkiem w sklepie i dostajesz kopa prosto w pęcherz, i masz wrażenie że się posikasz, mimo iż 5 minut wcześniej byłaś w toalecie… 😬😅 naprawdę chyba będzie mi tego brakowało, tej więzi, zależności, uczucia że jesteś dla kogoś całym światem, dosłownie wszystkim co go otacza.

Emcja nr 5. Złość.

Złości jest dużo, oj dużo…. zwalam wszystko na hormony 🙈 ale ogólnie rzecz biorąc, stalam się bardzo nerwowa i wrażliwa na wielu punktach, które mnie nie obchodziły. Np. Ostatnio nie umiałam ułożyć naczyń w zmywarce. No nijak nie pasowało żeby się zmieściły. Po dwóch próbach zaczynam jak rośnie. Taki ogrom gniewu jakby ta zmywarka była conajmniej jakimś moim największym wrogiem który robi mi na złość… im więcej razy sie nie udaje tym bardziej się denerwuję, trzaskam drzwiczkami, klnę pod nosem. Trochę jak opętana. Ale mimo że jest to dziwne – nie potrafię tego zatrzymać, samo się zaczyna, pózniej wychodzi a później jestem na sam koniec zła na siebie, że sie w ogóle denerwuję… nie rozumiem tego mechanizmu, to się porostu dzieje. I jest to jedna rzecz której naprawdę chciałabym się pozbyć…

Podsumowując… większość uczuć w mojej ciąży, niestety jest negatywna. Brzmi okropnie, wiem. Ale tak jest. Co nie znaczy że ciąża jest „zła”. Teraz, będąc już „bliżej niż dalej”, zaczynam panikować, na samą myśl, że już niedługo, w moim brzuchu będzie znowu pusto. I szczerze mówiąc, czuję smutek. Radość, z faktu że już niedługo, w moich ramionach, będę trzymać Nasz mały cud, ale też smutek, na myśl o pustce, jaka w moim wnętrzu zostanie.

Długie, szpitalne 9 dni.

Podjechałam pod Izbę Przyjęć, nie pamiętam czy wzięłam torbę od razu, chyba później po nią wróciłam do samochodu.

Pielęgniarka od razu zadzwoniła na oddział. Byłam wczoraj więc dziś już do przyjęcia, bo jest gorzej. Dużo gorzej.

Przebrałam się w piżamę. Założyłam kapcie. Pielegniarka przyszła prawie od razu po mnie, i zaprowadziła mnie na oddział. Serce waliło mi w piesi jak szalone. Szybkie przyjęcie, test na covid, do wyniku proszę nosić maseczkę. Ciśnienie, wywiad, czekamy na lekarkę. O ironio. Lekarka to ta sama Pani, która mnie badała przy pierwszej biochemicznej… USG, wszystko OK. Skąd krwawienie ? NIEWIADOMO. Lekarka mnie „uspokoiła”, do 12 tygodnia krwawienia zdarzają się często… dziwne bo tego mój lekarz mi nie powiedział… dopóki krwi nie ma w ilości około 2 szklanek, to nie ma się czym martwić… hm no dziwne, dwóch może nie było, ale jedna napewno. Przyjęcie przebiegło bardzo w luźnej atmosferze. Leki bez zmian, zwiększone dawki luteiny i duphastonu, dodatkowo magnez. LEŻING. Acard i fraxy zostaje. OK. Ważne że BOBO żyje.

Poszłam na salę. Były już tam dwie dziewczyny, jedna z kolką nerkową, druga z krwawieniem tak jak ja. Z tą rożnicą, że ona miała krwiaki. A ja nie. Przynajmniej nie takie które można było zobaczyć na usg.

I wtedy do mnie dotarło co się dzieje, zalała mnie fala strachu, wyrzutów sumienia, bólu w sercu, złości i jeszcze raz strachu. Do wieczora powtarzałam, że nie dam rady, że chce do domu, obiecuję że nie wstanę już z kanapy, ale chcę do domu. Proszę zabierzcie mnie do domu…. Dwa pietra niżej mój ukochany wuj zmarł trzy lata temu. Było mi strasznie źle. Dziewczyny mnie pocieszały. Najgorsza jest pierwsza noc…

W nocy przyjęli kolejną cieżarną na naszą salę. O dziwo – ja spałam. Nie wiem jakim cudem. Może emocje mnie tak wykończyły, że poprostu spałam.

Ranek. Moje urodziny.

Pobudka o 6, leki w kubeczku. Zapraszam na zastrzyk. Później już nie zasnęłam. Czekałam do śniadania, obchodu, czegokolwiek. Dziewczyna która też krwawiła, mówiła, że kolejne usg zrobią mi za dwa dni. Ucieszyłam się. Jednak, czułam się trochę traktowana inaczej niż pozostałe osoby w mojej sali. Tylko ja nie miałam lekarza prowadzącego w szpitalu, nie pracował tam. Może nie słusznie, może z emocji, ale czułam się trochę po macoszemu traktowana. Teraz myślę, że to z powodu emocji które mną targały.

Po południu dostałam paczkę od Pana S. Talerzyk, sztućce, kawa ❤, książki i urodzinowe słodycze. Okres pandemi = zero odwiedzin, nie można opuścić oddziału, generalnie samotność. Osoby które z Toba zostają na sali stają się najlepszymi przyjaciółmi.

Piątek, dziewczyna z krwawieniem (już lekko plamiła) i z kolką nerkową wychodzą do domu. U mnie rano dalej krew. Nie dużo ale krew. Dotarło do mnie że mnie nie wypuszcza dopóki nie będzie czysto. Zostałam sama z A. na sali. Dużo rozmawiałyśmy, o porodach o cesarkach o wyposażeniu domu. Zaczełam powoli przyzwyczajać się do szpiatalnej rzeczywistości. Ale liczyłam na poniedziałek, że będzie ok. Że pójdę do domu. Nie miałam tego dnia USG, a bardzo na nie liczyłam.

W sobotę nic sie nie działo. Szpital trochę zamarł. Dalej nie miałam usg, ale już tylko plamiłam, lekko. Zaczełam się denerwować. W niedzielę rano wstałam do wc. Znowu krew, duża klucha. O 9 przyszedł ordynator. I chyba jego decyzja o odstawieniu acardu, dopiero mnie uratowała. Mówił to samo co mój lekarz prowadzący. Że acard powoduje pękanie naczynek, i to on będzie powodował krwawienie. Powiedział żeby sie nie bać. Teraz już, będzie ok. Dalej nie miałam usg. Ale jego wielki wzrost i ogólna postura tak mnie jakoś zaskoczyły że nawet zapomniałam zapytać. Powiedział mi też ważną rzecz. Że przez jakiś dłuższy czas ciągle bede plamić, bo ta krew musi ze mnie wyjść w jakiś sposób. Mam się nie bać, to jest normalne.

I niedziela to był dzień w którym krwawiłam żywą krwią ostatni raz. Później już było tylko plamienie, ale mimo to, żaden lekarz na dyżurze, nie wypuścił mnie do domu. W poniedziałek rano poprosiłam lekarza na obchodzie o usg, zrobil bez problemu. Bobas fikał koziolki na ekranie, w ogole się nie przejmował problemami mamy… lekarz znalazł znowu krwiaka. Więc pojawiła sie przyczyna. W końcu, nigdy w życiu sie tak bardzo nie cieszyłam z tego faktu ze mam krwiaka w macicy. Dziwne ale taka jest prawda. Krwawienie bez przyczyny było bardzo trudne psychicznie dla mnie. Dodatkowo zauważyłam na mojej karcie, że mam wpisane usg w piątek, ktoś musiał pomylić moją karte z kartę innej osoby,i myśleli że badanie było robione w piątek… nie komentuję tego bo nie chce się już denerwować.

W czwartek rano, ordynator odesłał mnie do domu. Bardzo się cieszyłam, nie tylko dlatego że z bobo jest OK. Nie tylko dlatego że idę do domu. Ale też dlatego, że wiem, że temu lekarzowi mogłam zaufać, i z czystym sumieniem mogłam wyjść do domu, trzymać się zaleceń Tj. Zero seksów, oszczędny tryb ale bez reżimu łóżkowego, no i nie dźwigać i nie przesadzać z pracami domowymi…

Moja psitulanka oszalala jak mnie zobaczyła, tak bardzo za nimi teskniłam ;( położyliśmy się na kanapie w trójkę i poczułam się znowu dobrze. Tak dobrze jak dawno się nie czułam, spokój i radość nie trwały oczywiście długo, zaraz po nich wrócił strach i obawy, ale taka namiastka normalności lekko ukoila moje zszargane nerwy. Byłam pewna że pokonaliśmy najgorsze, tak w środku jakoś cichutki głos mi podpowiadał.

Klątwa radości.

Obudziłam się w poniedziałek z plamieniem/podkrwawianiem, 3/4 nocy chodziłam po domu, nie mogłam spać, miałam koszmary, byłam wykończona. Nie jestem pewna czy bardziej psychicznie czy fizycznie, ale poprostu wykończona. Wory pod oczami, szara skóra, ciężki oddech, bolesność ciała jak przy grypie, brak apetytu. Na szczęście we wtorek miałam wizytę u mojego lekarza prowadzącego, więc musiałam wytrzymać tylko jeszcze jedną dobę, żeby zobaczyć czy moja kruszyna ma się dobrze.

Mój psi psijaciel leżał rankiem ze mną na kanapie, ale mimo strachu, wiedziałam że muszę z nią wyjść. Wyjść nie tylko po to, żeby sobie pobiegała i załatwila toaletę. Musiałam wyjść z domu, odetchnąć powietrzem, uspokoić myśli, dotlenić mózg. Chodziłam po lesie, spokojnym krokiem, głaszczac brzuch i mówiąc sobie że Nasz okruszek jest silny i da radę, że jak przetrwamy do 12go tygodnia, to juz będzie łatwiej, już bedę mogła zacząć się cieszyć. Pierwsze badania prenatalne były taką magiczną datą, po której już wszystko miało być w porządku. Ryzyko utraty ciąży po 12 tygodniu znacznie maleje, tymbardziej jak wynik badań prenatalnych jest dobry. Szczerze liczyłam na to że po 5tym maja, po badaniach jak wyjdą dobrze, będzie już tylko dobrze. Bardzo na to liczyłam, niestety, za bardzo.

Przez kolejne 10 dni, po wizycie w szpitalu, ciągle ktoś mi pomagał. Mama myła okna, Pan S robił zakupy a jak już chciałam jechać sama to jechał ze mną ktoś kto dźwigał torby. Czułam się strasznie wybrakowana, przestałam być samodzielna, byłam zależna od innych. I wiem że pomoc mi, nikomu  nie sprawiała problemu, ale proszenie się ciągle kogoś o pomoc, było cieżkie. Dla mnie. Jestem wychowana na osobę bardzo samodzielną, rodzice zadbali o to żebym umiała radzić sobie sama, mam swój samochód, większość rzeczy zwiazana z domem robiłam sama, oczywiście poza typowo męskimi zadaniami, które leżą w gesti Pana S. Ale bardzo lubiłam mu pomagać, malować, składać meble, wiercić krecić śrubki etc. Poprostu  to lubię, lubiłam bardzo w sobie to że nie muszę dzwonic do niego jak przepali się żarówka albo poluzuje się uchwyt szafki, czy trzeba dolać oleju do samochodu, albo jak potrzebowałam ziemię do kwiatków, takie rzeczy mogłam zrobić sama. Nie musiał rzucać wszystkiego i jechac po 20L ziemi bo chcę przesadzic kwiatki. Wsiadałam w auto, kupowałam i przesadzałam moje roślinki. Gdy zaszłam w ciążę, gdy pojawiły się problemy, okazało się, że nie powinnam sama robić zakupów bo nie powinnam dźwigać, nie mogę umyć okien, złożyć nowej szafki rtv zanim on wróci z pracy, nawet kurier mi wrzucał do przedsionka domu paczki, albo czekały na schodach aż ktoś je wniesie. To była kolejna rzecz, która powodowała że czułam się ograniczona, wybrakowana, zależna od innych. Ale, dla Naszej kruszynki, wiedziałam, że przetrwam wszystko.

4go maja, dzień przed badaniami prenatalnymi, moja psia córka miła zabieg usunięcia narzadów rodnych. Rano ją zawieźliśmy, zrobiłam z kuzynką zakupy, po południu odebraliśmy. S miał tego dnia wolne. Znowu plamiłam, dlatego pilnowałam, żeby cały dzień nic nie dźwigać. Wieczorem znowu pojawiła się krew, spora ilość…. Kolejny raz trafiłam  na Izbę Przyjęć. Chyba tym razem już trochę chłodniej do tego podeszłam. Byłam w takim zawieszeniu, ciągle tylko czekałam na 5go maja jak na „zbawienie”. Lekarz nie potrafił zlokalizować skąd wzięło się krwawienie. Wyglądało na kolejny epizod, więc miałam wrócić do domu, leżeć i pojawić się w szpitalu, jeśliby krwawienie się pogorszyło. Tak też zrobiłam. Odpoczywałam z moją pooperacyjną psitulanką, i czekałam na kolejny dzień. Dzień badań prenatalnych.

Środa, 5ty maja, badania mieliśmy zaplanowane na rano. Pierwsze usg na które mogliśmy wejść razem, S w końcu mógł zoabczyć nasz mały skarb. Mówił że się nie stresuje, ale widziałam że był spięty. Badanie trwało około 20stu minut. Pani doktor była bardzo dokładna, Kruszyna ważyła wtedy 58 gram ❤ pieknie machała rączkami i nóżkami, serduszko biło mocno, tak jak powinno. Na podstawie pomiarów z usg, okruszek wypadł wzorowo, pobrali mi również krew, i dokładniejsze wyniki miały przyjść mailem za dwa tygodnie.

Kamień spadł mi z serca. Usłyszeć że jest wszystko idealnie było tak piekne, że nie potrafiłam się nie uśmiechać. Niestety nie obyło się bez gorszych informacji związanych ze mną. Były krwiaki, łożysko na tym etapie i przez kolejne 4 tygodnie miało zostać nisko, a rozrzedzona krew przez leki i pękające naczynka były ciągle zagrożeniem. Usłyszałam że powinnam zrezygnować nawet ze spacerów z psem. Powinnam głównie leżeć. Ale to już nie było ważne. Najważniejszy był fakt, że nasze dziecko rośnie i rozwija się książkowo.

Powiedziałam koleżanką z pracy które już się domyślały powoli, i najbliższym znajomym. Nie miałam zbyt wielu osób którym chciałam od razu mówić, ale była taka grupa osób, z którym byliśmy często w kontakcie, i przed którymi ciężko było udawać. Wróciliśmy do domu, mama czekała na nas, opiekowała się moją pooperacyjną psitulanką. Ucieszyła się oglądając zdjęcia. Wszyscy się ucieszyli, że było wszystko OK.

S. pojechał do pracy. Razem z moją chrzestną, pojechałam z psiakiem na kontrolę po operacji. Wrociłam do domu, ciocia kazała mi się od razu położyć, wypuściłam psiaka na siku przed drzwiami, i się położyłam. Przepełniało mnie szczeście, radość. W końcu były dobre wieści. W końcu miałam powód do uśmiechu.

Na kanapie leżałam może z półtorej godziny, pózniej wstałam. I wtedy to się stało.

Poczułam krew. Ale nie tak jak dzień wcześniej czy 10 dni wcześniej. Poczułam się jakbym dostała okres. Po pionizacji ciała, krew która gdzieś tam w moim wnętrzu się sączyła, poprostu wylała się ze mnie. Przerażenie, strach i wyrzuty sumienia. Po co się cieszyłam? Po co ? Żeby znowu cierpieć?

Szybki prysznic. Telefon do S,telefon do mamy, szybkie pakowanie. Ostatnia podpaska z szuflady, miałam zakodowane że muszę zatrzymać się w sklepie po paczkę, nie byłam na to przygotowana. Na nic nie byłam przygotowana.

Szpital. Śmierć. Wydmuszka.

Od wizyty serduszkowej, praktycznie ciągle plamiłam. Czy to przez krwiaki które miałam w macicy ? Nie wiadomo. Plamiłam kilka dni, pózniej przerwa, pózniej znowu plamienie. Mam wrażenie że plamienia były już tak „normalne” dla mnie, że nauczyłam się z nimi żyć. I jak po kilku dniach względnego spokoju znowu się pojawiło, nie marwiło mnie tak bardzo, dopóki nie było żywej krwi, to było akceptowalne.

Brałam końskie dawki luteiny i duphastonu. Mdłości przez które nie potrafiłam jeść, strach który był wszędzie za każdym rogiem. Piękny i cudowny okres ciąży okazał się piekłem. Dosłownie piekłem. Koszmar za koszmarem, nieprzespane noce, słabnący organizm. Dodatkowo żeby tego było mało, bliska mi osoba była już jedną nogą w zaświatach. Patrzenie jak gaśnie jej iskra, jak powoli nas zostawia dodatkowo psychicznie mnie pogrążyło. Naprawdę. I wiem, że inni mają gorzej, wiem że ludzie głodują, giną w wojnach, umierają w męczarniach. Wiem. Ale mimo wszystko, było mi strasznie ciężko, życie do tego stopnia mnie przytłoczyło, że nawet moja iskra, ktora kiedyś była bardzo wyraźna i głośna, praktycznie zgasła.

Zmieniłam się. Nie byłam już tą samą osobą.

Babcia zmarła 30.03. Wiedziała że spodziewa się prawnuka, tak przynajmniej sobie wmawiam, że mnie słyszała, że słyszała moją mamę. 30.03 z łzami wypłynęła ze mnie ostatnia emocja jaką w sobie miałam. Rzeczy których wcześniej bardzo pragnęłam typu wziąć ślub, posadzić piękne kwiaty w ogrodzie, mieć drugie dziecko, znaleźć lepszą pracę… wszystko straciło sens. Przestało mi zależeć. Zostałam inkubatorem, w którym rośnie dziecko, który podtrzymuje lekarz, maszyną bez uczuć i emocji, wypełnioną jedynie strachem.

Czułam się pusta. Stałam się aspołeczna. Jedyny spokój przynosiło mi przebywanie w samotności. To był jedyny moment kiedy byłam spokojna, kiedy nic mi nie przeszkadzało, kiedy nikt mnie nie denerwował głupimi tekstami typu: „musisz jeść” No hallo. Wiem, chciałabym, ale nie potrafię jedzenia przełknąć. Albo to było też dobre: „Ciesz się że nie wymiotujesz” Szczerze? Chyba wolałabym zwymiotować niż czuć ciągły ucisk w żołądku i puchnące jedzenie w ustach. I oczywiście kwintesencja ciążowych sentencji: „CIĄŻA TO NIE CHOROBA”, „JA W CIĄŻY TO PRACOWAŁAM DO OSTATNIEGO DNIA”

Panie i Panowie! Owacje na stojąco!

Też bym tak chciała!!!

Pracować, czuć się dobrze, jeść wszystko, nie mieć zawrotów głowy, być wulkanem pozytywnej energi i radości. Być samodzielna i samowystarczalna, radzić sobie zawsze z wszystkim. Ale nie mogłam, ani pracować, bo moja praca wymaga sporego wysilku fizycznego a musiałam się oszczędzać z powodu plamień i krwiaków, ani się cieszyć bo prawda była taka że nic nie bylo pewne, z taką ilością leków i sporym obciążeniem, ciąża mogła skończyć się każdego dnia. Jedyne co mogłam to się oszczędzać i wychodzić na spacery z psem. A to i tak jak się później okazało, było zbyt wiele.

Bez względu na to jak bardzo chciałam czuć się normalnie i być normalna – nie byłam, dalej nie jestem chociaż z dnia na dzień coraz bardziej staram się być bardziej ludzka. Bardziej uśmiechnięta, mimo że często nie jest mi do smiechu. Kiedy zmarła babcia, umarła część mnie. I mimo że wszytskim w koło mówiłam, że tak jest lepiej, że już nie cierpi etc. Wcale tak nie uważałam. Byłam zła na nią, że się poddała, że mnie zostawiła.

Były dwie emocje na jakie mnie wtedy było stać: złość i strach. Obie paraliżowały całe ciało. Nie płakałam, poza pogrzebem, nie potrafiłam płakać. I to nie dlatego że skończyły mi się łzy, nie dlatego że nosiłam pod sercem nowe życie, jak niektórzy mi w kółko powtarzali. Byłam w środku pusta. Wydmuszka. Bardzo chciałabym, żebym już nigdy w moim życiu nie była w takim stanie.

Nie sądziłam też, że jest coś co może mnie jeszcze bardziej zdołować i przybić. Ale jednak.

25go kwietnia, niedziela. Od dwóch dni czułam się gorzej. Niepokój był większy niż dotychczas. Coś było nie tak, czułam że coś sie dzieje. Dziwne jest to jak bardzo jesteśmy w stanie wyczuć, że dzieje się coś nie tak.

Jak każdego ranka, po śniadaniu poszłam z psem na spacer. Po spacerze poszłam do mamy na kawę, Pan S. Miał akurat pracującą niedzielę. Stałam w kuchni u mamy czekając aż zagotuje się woda na kawę. I wtedy to poczułam. Gorącą krew między moimi nogami. Idąc do łazienki podłoga rozmazywała mi się przed oczyma. Zdjęłam spodnie. Jasnoczerwona, żywa krew. Pamiętam że powiedziałam mamie że muszę jechać do szpitala, nigdy nie zapomnę jej przerażenia w oczach. Chciała jechać ze mną ale ja nie chciałam. Nie do końca pamiętam jak ale wróciłam do domu, wzięłam szybki prysznic, przebrałam bieliznę, ubrałam się i pojechałam samochodem do szpitala. Z drogi która trwała jakieś 10 minut pamiętam tylko łzy, i myśli o tym, czy moje dziecko jeszcze żyje. Nie pamiętam kiedy napisałam do S. Czy w domu czy w drodze? Nie pamiętam. Pamiętam krew, ciepło między nogami, strach, przerażenie, łzy.

Po przyjeździe do szpiatala musiałam przejść wstępna selekcję w związku z pandemią, ale wypisując ankietę, pielegniarka już dzwoniła do lekarza. Skierowała mnie na ginekologię, wiedziałam gdzie iść. Byłam tam przy pierwszej CB. Podeszłam pod gabinet. Usiadłam. Lekarz przyszedł prawie od razu. Młody, uśmiechnięty, spokojny. Nie będę wdawać się w szczegóły wizyty. Jedyne co było w niej najważniejsze, to to, że serce mojego okruszka biło mocno, a on fikał koziołki na ekranie usg. Dostałam leki, zakaz współżycia, chociaż o tym już wiedziałam odkąd były plamienia. Oszczędny tryb życia, nie leżący. Oszczędny. Dostałam wypis, wróciłam do domu. Zjadłam rosół. I nic wiecej z tego dnia nie pamiętam.

Dziecko zdrowe, ale inkubator zepsuty – czyli trochę o lekach i chorobach.

Trochę odbiegnę od tematów strikte związanych z moją ciażą, i przeżyciami jej toważyszącymi, żeby nakreslić w jakimś niekoniecznie dużym stopniu, problemy zdrowotne z którymi od jakiegoś czasu sobie żyję.

Cieżko w sumie zacząć, bo trochę tego jest 😬 ale może od poczatku.

Dolegliwość nr 1: Astma+alergia

Astma oskrzelowa na tle wysiłkowym, zdiagnozowana u mnie jak miałam 6/7lat, plus do tego alergia … Na pyłki, trawy, kurz, sierść kota i innych zwierząt (ale na psią nie). Większość dzieciństwa przyjmowałam leki rozkurczowe, sterydowe, antyhistaminowe, no sporo tego było. Gdzieś w okolicach 18 lat, astma odpuściła, na tyle żebym przyjmowała tylko przy większym wysiłku fizycznym wziewne leki rozkurczowe, z alergią nauczyłam się poprostu żyć i tak było do roku 2018. Gdzie z własnej głupoty (🤦‍♀️) z niedoleczonym zapaleniem zatok pracowałam, a moja praca czesto przebiega przez magazyn, więc kursowałam między  temperaturami 23 stopni a 15 stopni…. w krótkim rękawku, na NLPZ’ach, cała spocona zeby zdążyć…mówiłam już że nawrót astmy spowodowała głupota ? Tak więc, od końcówki 2018 roku wróciłam na sterydy, tyle dobrze że wziewne, ale mimo wszystko…. Więc od wtedy jest ze mną budezonid i oxodil, na początku były codziennie, teraz przyjmuje tylko przy zaostrzeniach. Nie byłam w ciąży nawet u alergologa jeszcze 🤷‍♀️🤦‍♀️ po pierwszych dwóch kreskach miałam teleporadę, i Pani alergolog stwierdziła że można tak brać te leki w zaostrzeniach. Dodatkowo przeczytałam kilka publikacji dotyczących kobiet w ciąży chorych na astmę i wszystkie jednogłośnie mówią że budezonid jest lekiem rekomendowanym, a jak on nie pomaga to raz na ruski rok wezmę oxodil. Plus. Najważniejsze w ciąży jest dotlenienie płodu. Więc i matka musi być odpowiednio dotleniona. Nie krzyczcie. Mam zaplanowaną wizytę kontrolna u alergologa, w końcu można iść normalnie bo wcześniej to wszystko przez telefon chcieli załatwiać…

Dolegliwość nr 2: Otototo Hashimoto + niedoczynność tarczycy.

Rok 2018 był rokiem bardzo ciężkim, miałam wypadek w pracy, Pan S miał nieciekawą kraksę samochodową, na szczeście jemu nic sie nie stało ale samochód mocno do zrobienia, choroba nowotworowa odebrała życie mojemu kochanemu wujkowi, powrót do pracy po zwolnieniu lekarskim wypadkowym był bardzo ciężki (myślisz że znasz ludzi z którymi pracujesz X lat a na końcu się okazuje że i tak wszyscy Ci 4 litery obrobią…). Nagle zaczęły mi lecieć włosy garściami, poprostu wypadały, w ogromnych ilosciach. Na lewej stronie głowy pojawiły się prześwity skóry. Było tragicznie. Nigdy nie miałam bujnej czupryny, włosy zawsze były moim największym kompleksem a teraz jeszcze prawie ich nie było. Zaczełam szukać przyczyny, a im dłużej szukałam tym mój ogólny stan się pogarszał. Przestałam sypiać, dosłownie dopadła mnie taka bezsenność, że potrafiłam kilka dni z rzędu chodzić pół nocy i oglądać tv bo sen nie przychodził. Brak snu potęgował ogólny zły stan psychiczny i fizyczny. Byłam wykończona, rozdrażniona, nie dało się ze mną rozmawiać, wpadałam z histeri w furię, rzucałam telefonem z irytacji, nie funkcjonowałam wcale. Naprawdę nie nadawałam się do współżycia z innymi ludźmi. Dodatkowo waga zaczeła mi szybować w górę. Puchłam od patrzenia na jedzenie, a jadłam mniej żeby nie tyć. Było ze mną źle. Aż w końcu dermatolog patrząc na skórę mojej głowy zapytała o tarczycę. TSH miałam w normie, nie idealne ale w normie. A ona powiedziała że „TSH nie wskazuje na nic, trzeba zbadać ft3, tf4 i przeciwciała”. I tak jakoś po 4 miesiącach męki wyszło hashimoto i niedoczynność. Dostałam euthyrox, na początku w bardzo małej dawce. Ale źle go tolerowałam i przeszłam na letrox. Endokrynolog powiedziala że mam się pogodzić z tym, że do końca życia będę przyjmować hormony. Trochę załamka, ale przynajmniej wiedziałam co mi jest i jak z tym walczyć. Więc wspaniały rok 2018, i cały zgromadzony stres, musiał uaktywnić w moim organizmie super gen Hashimoto. No poprostu BOMBA.

Dolegliwość nr 3: hiperprolaktynemia.

Z tą „Panią” miałam małą styczność ale jednak. Od jakiś 3 lat miałam nieregularne cykle. Ale po ciąży biochemicznej to dopiero się zaczęło dziać. Rozrzut w długości cyklu od 25 dni do 45. Wszedł dostinex, cykle się unormowały do kolejnej ciąży biochemicznej. Pamiętam że endokrynolog nie chciała wracać do dostinexu, dopóki PRL nie bedzie utrzymywała się powyżej normy jakiś czas. Ale miałam 2 tabletki ostatnie (a kosztują naprawdę sporo). Wziełam pół w cyklu grudniowym (po listopadowej CB) i pół w cyklu lutowym, wtedy też podejrzewałam że mogło dojść do zapłodnienia w styczniu. Jakoś 12 dni po owulacji (miałam monitoring, jeden jedyny raz w życiu) zrobiłam test, ba, zrobiłam 3 testy różnych firm. I na każdym były 2 kreski. Beta 3 dni później wynosiła <5, nie chciało mi sie wierzyć, że 3 testy z niezależnych firm, kupione w innych miejscach mogą mnie oszukać. Dostałam okres 9go lutego i wzięłam pół dostinexu (badanie krwi wykazało że PRL powyżej normy a naprawdę nie chiałam kolejnego cyklu 40sto kilķo dniowego. I to była moja ostatnia miesiączka.

Dolegliwość nr 4: mutacje MTHFR i Pai1

5 marca w dniu w którym zrobiłam test ciążowy, przyszły wyniki badań genetycznych. I te dwie Panie mutacje się w wynikach pokazały. Dopiero po zrobieniu tych testów genetycznych zaczełam analizować moje korzenie. Nie znałam dziadków,oboje zmarli w młodym wieku z powodów krążeniowych, babcia cierpiała na zakrzepowe zapalenie żył, ciocia na trombofilię, powoli docierało do mnie, że prawdopodobieństwo, że ja też mogę mieć takie geny jest całkiem spore. Od stycznia byłam na acardzie dawka 150, ginekolog do której wtedy chodziłam, zapobiegawczo wdrożyła acard w trakcie starań. Zastrzyki z fraxiparyny, pózniej zmienione na neoparin, dostałam od lekarza do którego trafiłam z plamieniem, 16go marca. I tak od tamtej pory się kłuję w brzuch 🤷‍♀️

Dolegliwość nr 5: Anemia.

Pojawiła się jakoś około 20go tygodnia. Czułam że coś się dzieje. Drugi trymestr leciał, miałam mieć więcej energi i ochoty to życia. Tymaczem zawroty głowy i bladość skóry, większa niż dotychczas, zdradzały że coś jest nie tak. Czułam że zawroty głowy to nie wina niskiego ciśnienia. Widziałam to w mojej bladej twarzy i ustach. Paradoklasnie patrząc w lustro czułam się piękna. Zrobiłam morfologię przy okazji kontroli tsh i ft4. Hemoglobina, hematokryt i krwinki poniżej normy. Próbowałam nadrobić to burakami, warzywami. Przyjmowałam też prenatal duo a w nim jest żelazo, na ulotce jest napisane żeby nie brać dodatkowo żelaza. Ale po dwóch tygodniach było gorzej. I wtedy wleciał niemiecki specyfik na krew, który jeszcze miałam po zmarłej babci, a tydzień później już Floradix.

Dolegliwość nr 6 : podtrzymanie ciąży

Chyba nie można nazwać tego dolegliwością, ale nic innego konkretnego mi do głowy nie przyszło 😅🤷‍♀️

Na podtrzymanie biorę duphaston 3×1, luteinę 2×2(najpierw pod język teraz dopochwowo). Duphaston zaczęłam brać po pozytywnym teście, luteinę wdrożył mi lekarz przy plamieniach. Dawki były modyfikowane w ostatnich pięciu miesiacach, ale nie zostały zmniejszone.

Podsumowują, tak wygląda moje wysypianie się w ciąży (kiedy wszyscy w kółko powtarzają – śpij póki możesz ! 😑 ) :

* Około 3/4 rano zawsze budzę się na siku. Nie ma opcji żebym się nie obudziła. Zanim byłam w ciąży też o tej porze wstawałam siku. Taki mam zegar biologiczny najwidoczniej. O tej porze zażywam LETROX 100.

* Na 6 rano mam budzik – czas na DUPHASTON – nie można go łączyć z letroxem. Czasem jak się przebudzę to biorę go po 5, zależy jak mnie ptaszki obudzą.

* O 8:30 mam kolejny budzik. Robię kawę i o 9 wkładam do pochwy 2 taletki LUTEINY. Wolę tę dopochwową, podjęzykowa jest niesmaczna tak z rana.

* Po 9 robię zastrzyk NEOPARIN. W najgorszym okresie mój brzuch wyglądał tak:

* Około 9:30 piję pierwszą dawkę FLORADIXU Z ŻELAZEM, trzeba tutaj mieć odstęp od letroxu i pić go 30 min przed posiłkiem. Z reguły po takiej dawce wszystkiego niezbyt mam ochotę na jedzenie, wciskam je między 10 a 11, staram się popić sokiem z buraka ale są takie dni że sok za nic nie wejdzie.

* Później jest już prościej trochę, o 14 biorę kolejny DUPHASTON, biorę też magnez i prenatal Duo w ciągu dnia, staram się w trakcie posiłków brać suple. Przed obiadem lub przed kolacją wpada kolejna dawka FLORADIXu.

* O 20 zwykle już chodze w piżamce, o 21 wkladam kolejne dwie tabletki luteiny, stram się zjeść surowe warzywa i owoce, żeby złagodzić zaparcia ale o tym w innym poście.

* O 22 biorę ostatni DUPHASTON, i muszę jeszcze trochę się przemęczyć żeby wziąć około 23 ACARD, żeby miał odstęp od duphastonu. Zwykle po 22 zasypiam na kanapie, acard mam na stoliku nocnym i biorę jak sie przenoszę do sypialni.

Uh, taka krótka historia miała być… cóż. Tak właśnie wygląda wysypianie się w ciąży 😅

Bo wszystko się może zdarzyć. Początek drogi, wiodącej przez czerwony dywan.

Czasem jak sobie tak myślę, to naprawdę śmieszy mnie fakt, że mylę datę urodzin mojego taty, ale daty 16 i 18 marca 2021 mam tak mocno wyryte w mózgu, że nie potrafię o nich zapomnieć, mimo że naprawdę chciałabym.

O 9 rano miałam wizytę u ginekologa. Byłam już całkowicie wyprana z jakichkolwiek uczuć. Byłam przygotowana na kolejne „przykro mi ale nie udało się”. Trudno. Do trzech razy sztuka. Koniec. Nie chcę już cierpieć.

Podejście lekarza bardzo mnie jednak zdziwiło. Podchodził do mnie przez cały wywiad jak do ciężarnej, którą już w moim osobistym mniemaniu nie byłam. Nie bagatelizował dwóch ciąż biochemicznych, wyników mutacji. Do wszystkiego podszedł fachowo, rzeczowo i z takim jakimś luzem. Pewnie dlatego do tej pory z nim „jestem”.

Usg. Najdłuższe kilka sekund w moim życiu, aż wkońcu powiedział że „jest nadal pęcherzyk ciążowy, jeszcze nie widać zarodka, bo jest za wczesnie”. Był też krwiak. Czy to krwawienie było z niego ? Niewiadomo. Miałam przyjść za 5 dni i zobaczymy czy ciąża dalej się rozwija. Jest ryzyko wyższe niz u zdrowej kobiety, dlatego powinnam się oszczędzać, brać leki, i nie stresować. I od tego dnia przeszłam na zwolnienie lekarskie. Nie chciałam zostawiać tak pracy z dnia na dzień, miałam mnóstwo spraw i zdań których nie skończyłam, nie miałam wyszkolonego zastępcy. Wracając samochodem do domu, zadzwoniłam do szefa z wiadomościami, powiedział że 3ma kciuki. Z panem S. też rozmawiałam albo napisalam mu wiadomość ze szczegółami? Nie pamiętam już, pamiętam tylko metlik w głowie który miałam, fakt że ciąża nie wypłynęła razem z krwią, że trzeba było czekać na zarodek i odpoczywać, i się oszczędzać. Była nadzieja.

Dni do kolejnego usg bardzo się dłużyły, mimo że było ich tylko 5. Każda wizyta w WC od 18go marca była męką. Za każdym razem spodziewałam się nowej, dużej porcji krwi, plamienia, wszystkiego co najgorsze. Pojawiły się też koszmary, w których wszędzie była krew, albo poroniłam albo inne straszne rzeczy się działy. Byłam wykończona, ciężko mi było zasnąć a po każdym kolejnym koszmarze bałam zasnać ponownie. Pojawiły się się dodatkowo okropne mdłości, czułam jakby jedzenie puchło mi w ustach, w żoładku tak bardzo mnie wszystko gniotło że mało co jadłam. Czułam się źle, pf, fatalnie, jak wrak człowieka. Tylko ta mała iskierka nadziei, że we wtorek pojawi się zarodek z serduszkiem, pozwalała mi chyba na jakiekolwiek funkcjonowanie.

Wiem, że brzmię jakbym się żaliła. Doskonałe zdaję sobie z tego sprawę. Ale trudno. Tak to wyglądało. Tak się czułam. I możecie wylać na mnie całe wiadro linczu i tekstów że powinnaś się cieszyć etc. Nie, nie mogłam się cieszyć. Nie byłam w stanie czuć niczego innego poza strachem. To było jedyne uczucie które we mnie istniało. Oczekiwanie na moment kiedy wypłynie w bordowej fali ostatnia iskierka nadziei. Nie wstydzę się juz tego. Tak poprostu było.

We wtorek rano, cała w nerwach, z podkrążonymi oczami pojechałam na usg. Byłam do tego stopnia zmęczona i zdenerwowana, że pamiętam tylko jak lekarz mówi że „jest przepływ krwi przez zarodek”. Nic więcej z tej wizyty nie pamiętam. A miałam założoną kartę ciąży, były jakieś skierowania na badania, zaświadczenie dla pracodawcy, napewno lekarz modyfikował mi dawki leków. Jak Boga kocham, nie pamietam nic z tego. Dopiero bedąc w domu zrozumiałam, że MAMY ZARODEK Z TĘTNEM ! Teraz trzeba czekać, oszczędzać się, odpoczywać, nie denerwować ani nie stresować.

Hah łatwiej powiedzieć niż zrobić. Po wizycie seruszkowej postanowiliśmy powiedzieć rodzicom i rodzeństwu mojego pana S. Moja mama wiedziała od początku, tata i brat bardzo szybko się domyślili i ciężko było ich zwodzić mieszkając 100 metrów od nich. Wiedziały też moje przyjaciółki. Cała reszta świata, miała nie wiedzieć do badań prenatalnych o ile do nich dotrwamy. Nie chciałabym później słuchać „o jej tak mi przykro, wiadomo jaka była przyczyna? Następnym razem się uda zobaczysz” albo widzieć te pełne współczucia i żalu spojrzenia.

Chciałam żebyśmy byli w tym sami. Ja sama chciałam być w tym sama, bez osób postronnych, bez tłumaczenia, wyjaśnianie, chciałam być sama, zamknięta w czterech ścianach mojego umysłu. Bez nikogo kto mogłoby mi mówić że będzie dobrze, trzeba być dobrej myśli, trzeba wierzyć że będzie dobrze.

Nie. Trzeba być realistą, i być świadomym że do 12 tygodnia najczęściej zdarzają się poronienia, że mój organizm jest jaki jest i to zwiększa ryzyko, że wszystko może się zdarzyć w każdej minucie i sekundzie kolejnej chwili. Trzeba być gotowym na wszytsko. Bo wszystko się może zdarzyć.

„Przeżyyyyyj, to sam”

Po piątkowych dwóch kreskach, pojechałam w sobotę na badanie beta hcg. Którego nie zrobiłam… jedno laboratorium zamknięte. W drugim kolejka na 15 osób. O nie, nie będę streczeć w kolejce, pózniej czekać do wyniku w nerwach i stresie i psuć sobie weekendu. Nie jest mi to do nieczego potrzebne. Pojechałam do domu. Zła, że akurat dziś są takie problemy w labie, że mam gości na weekend i nie wypiję z nimi wina, na które miałam taką ochotę, na Pana S. Który z wiadomych powodów miał do tego pozytywnego testu równie wielki dystans jak ja, ale on przecież powinien chodzić za mną i mi powtarzać, że bedzie dobrze. A mimo wszystko byłam zła. Na cały świat. Sama przez długi okres nie rozumiałam dlaczego. Dopiero po czasie zrozumiałam, a tak naprawdę bardzo fajna Pani psycholog mi uświadomiła, że moim życiem zaczął rządzić strach.

Betę więc zrobiłam w poniedziałek rano. Wynosiła około 80.

„To chyba dobrze? Nie za mało ? Może za mało ? Wg norm wychodzi 3ci tydzień , ale ten 3ci tydzień to od kiedy oni liczą? Od ostatniej miesiączki? Od zapłodnienia ? Od implantacji zarodka ? Nie dobrze, napewno za mało. Pewnie znowu nic z tego. Robić po 48h drugą betę czy nie robić ? 80 to jednak mało to nie ma sensu robić. Po co znowu się stresować. Ale od kiedy oni to liczą ? ”

Tak mniej więcej wyglądała reszta poniedziałku i wtorek. Nie byłam świadoma tego ile myśli na minutę mój mózg jest w stanie przetworzyć, ile różnych scenariuszy jestem w stanie sobie wyobrazić, ile różnych emocji jestem w stanie poczuć w tak krotkim czasie. Teraz jak sobie o tym myślę, to niezły rollercoster zafundowałam wtedy naszej małej fasolce, dobrze że jeszcze nie czuła tego co ja.

Mimo wszystkich wątpliwości, poszłam w środę na betę. Pani rejestrująca mnie na badanie, powiedziała, że na pewno będzie dobry wynik, bo „Bardzo ładnie Pani wygląda”, a ja, całkowicie wyprana z uczuć, bo po dwudniowej karuzeli nie zostało już ich zbyt wiele we mnie, tylko się uśmiechnęłam i podziękowałam.

Druga beta wynosiła prawie 300.

„Taki przyrost !? Za dużo, znowu nic z tego. Nie powinna tak mocno urosnąć chyba. A może to bliźniaki ? Może to dobrze? Kurczę jak na bliźniaki to chyba i tak za mało. Na jedną fasolkę za dużo, na dwie za mało. Znowu pewnie nic z tego, ciekawe kiedy się zacznie….?”

Kolejną porcja uczuć i myśli podano! I niestety, ale smutna prawda jest taka, że radość, bo przecież jest nadzieja, że będzie dobrze, nawet spora nadzieja, została w 90% przesłanięta przez strach. Strach, który miał mi towarzyszyć bardzo, bardzo długo.

16ty marca. Mało, który dzień pamiętam tak wyraźnie. Nie pamiętam już na kiedy planowałam wizytę u ginenkologa ale napewno nie tak wcześnie. Do tego wtorku, żyłam w takim stanie pomiędzy radością, strachem i nadzieją. Usmiechałam się sama do siebie, za chwilę myśląc o tym że nie ma się z czego cieszyć bo nigdy nic nie wiadomo. I tak w „koło Macieja”.

16go marca, koleżanka w pracy oznajmiła nam, że jest w ciąży, w 7/8tygodniu.

16go marca ja zaczęłam plamić.

Korzystając po raz kolejny z dobrodziejstwa pakietu medycznego, umówiłam się na pierwszą lepszą wizytę do ginekologa, która była dostępna. Wiedzialam jakie są szanse, byłam doskonale tego świadoma. Ale mimo wszystko, słysząc że „obciążenie jest bardzo duże, tak naprawdę, czego jest Pani świadoma, jest 50% szans na to, że ciąża się utrzyma”, jedyną emocją jaka we mnie została, był strach. I szczerze powiedziawszy, nie jestem pewna czy bardziej byłam się straty kolejnego zarodka, czy mojego bólu psychicznego i wszystkich następstw jakie za sobą niesie.

Pęcherzyk był w macicy, lekarz nie widział nic innego, zdjęcie było jakieś dziwnie ciemne, ledwo można było tą malą bańkę zobaczyć. Leki. Proszę się oszczędzać i za 2 tygodnie kontrola. Taki był plan. Ale wiadomo, plany lubią się zmieniać.

Następnego dnia poszłam do kierownika, nie mogłam wykonywać mojej dotychczasowej pracy, potrzebowałam stanowiska na którym nie będę dźwigać ani sie przemęczać. Oczywiście podczas rozmowy rozkleilamm się na amen, slowa ledwo przechodziły mi przez gardło. Nie tak sobie to wyobrażałam, zawsze myślałam, że jak uda mi się zajść w ciążę, to pójdę do szefa po wizycie serduszkowej, z zaświadczeniem od ginekologa o ciąży, z usmiechem na twarzy, że pozamykam wszystkie sprawy którymi się zajmuję zanim pójdę na zwolnienie, że wyszkolę pracownika na moje stanowisko… Rzeczywistość jednak, lubi zaskakiwać.

Od tamtej pory, naprawdę jedynym uczuciem które czułam był strach. Nie byłam zdolna do odczuwania niczego inengo niż strachu. Był ze mną ciagle, wszędzie, potegował mdłości, rosł mi w gardle, w głowie, przytłaczał mnie. Kojarzycie uczucie, jakbyście założyli zbyt ciasną czapkę na głowę? To uczucie kiedy czujesz nacisk, przytłoczenie i ograniczenie innych możliwości bo jedyne co czujesz to ucisk. Moim uciskiem był strach.

18go marca, obudziłam się około 4 w nocy, poszłam do wc jak to u mnie zawsze bywa, i zamarłam. Zobaczyłam krew. Dużo krwi. Przez pierwsze 5 minut nie czułam nic. Później wróciłam do sypialni. I zaczełam zanosić się płaczem. Napisałam sms do kierownika, że „chyba już po wszystkim, nie dam rady dziś przyjść do pracy”, w odpowiedzi przeczytałam „przykro mi, do zobaczenia w piatek”.

Pan S. Chociaż pewnie sam czuł smutek i strach, przytulał mnie do piersi i powtarzał, że to jeszcze nic nie znaczy. Że zobaczymy co powie lekarz. Wtedy nie wierzyłam w te słowa, ale jak to On – Miał rację.

Historia.

Czyli w skrócie jak się zaczęło, to co trwa do dziś.

Jako młoda osoba nigdy nie czułam potrzeby poważnego związku, założenia rodziny, zapuszczenia korzeni. Jednak (dokładnie tak jak przwidziała moja matula) z wiekiem sporo się zmieniło. Poznałam w końcu Pana S., postanowiliśmy wybudować dom na działce w moim rodzinnym zakątku. A w grudniu 2019 roku, spontaniczną decyzją Pana S. rozpoczęliśmy starania o dziecko.

Bez presji, bez pośpiechu, bez nacisku. Całkowicie na luzie. Tak przynajmniej mi się wydawało, bo to co działo się w mojej głowie było zupełnie inne. Szczerze zazdroszczę mężczyznom i niektórym kobietom tej zdolności wrzucania na luz, myślenia „co ma być to będzie”, nie przejmowania się niczym. Po pierwszej  nieudanej próbie było mi poprostu smutno. Tak całkiem zwyczajne smutno. Ale no przecież  nie wszystkim udaje się za pierwszym razem, prawda?

Pierwsze dwie kreski zobaczyłam w marcu 2020. Potwierdzone betą z krwi która wynosiła około 70. Rozpierała mnie radość, a Pan S. Był trochę w szoku :). Wyczytałam w internetach, że betę należy powtórzyć po 48h. Chodziłam cała w skowronkach. Teraz jak o tym myślę to był to pierwszy raz w moim życiu, kiedy poczułam taką pełnię szczęścia. Endorfiny dosłownie zalały moje ciało.

Druga beta wynosiła około 20.

Moja pierwsza myśl oczywiście była związana z tym że jest coś nie tak. Nie wiedziałam co mam zrobić. Nie miałam pojęcia co się dzieje. Zadzwoniłam na Izbę Przyjęć i kazali przyjechać. Siedząc 2 godziny na korytarzu i czekając na lekarza, przeczytałam wszystkie możliwe posty związane ze spadkiem HCG. Od ciąży bliźniaczej, w której jeden zarodek obumiera, do ciąży biochemicznej o której wtedy po raz pierwszy się dowiedziałam.

Lekarka po badaniu usg przezpochwowym, potwierdziła brak pęcherzyka ciążowego w macicy. Myślę, że to usg zrobiła ze swojej dobrej woli, bo równie dobrze mogła mnie „spuścić na drzewo” i powiedzieć, że mam iść do domu i wrócić za 2 tygodnie jak nie pojawi się miesiączka. Zamiast tego powiedziała że czesto takie rzeczy się dzieją, żebym nie brała tego do siebie, że można dalej starać się od razu.

Wychodząc z gabinetu, na samym początku towarzyszyło mi jedno uczucie. Wstyd. Czułam wstyd myśląc o sobie jako o osobie dorosłej, prawie 30sto letniej, która nie wiedziała o takich podstawowych rzeczach. O tym, że pozytywny test ciążowy wcale nie musi oznaczać ciąży. Później zalała mnie fala smutku, żalu, rozczarowania, złości, gniewu i frustracji, która nie odpuszczała na dobre kilka miesięcy. W następnym dniu mój organizm zaczął się oczyszczać. Przeczytałam wiele różnych stron, opini o tym, że jest to trochę mocniejsza miesiączka. Teoria. Ból był okropny, a potęgował go ból psychiczny. Krwi było dużo, więcej niż podczas mojej standardowej miesiączki. Przez 3 dni raczyłam się tabletkami z tramadolem gdzie zwykle biorę pół tabletki pierwszego dnia okresu. Rzeczywiście nie wiedząc o tym, że w moim organizmie doszło do zaplodnienia, mogłabym to potraktować jako spóźnioną, niemożliwe upierdliwą miesiaczkę, o której pewnie wspominiałabym ginekologowi na kontroli. Jednak świadomość tego, że z mojego organizmu jest wydalane zapłodnione jajeczko, które prawdopodobnie było poprostu zepsute, naprawdę zmiała wszystko.

Do kolejnych dwóch kresek czekałam do końcówki października 2020 roku. Ciężko opisać to co działo się w mojej głowie w okresie od marca do października. Przez pewien okres byłam w fazie gniewu, moje relazje z Panem S. Się widocznie pogoryszły, wybuchałam przy każdej możliwej okazji, nie potrafiłam kontrolować emocji, wystarczyła iskra a one się ze mnie wylewały jak lawa z buchającego ogniem wulkanu. Nie potrafiłam się pogodzić z tym, mimo wiedzy że zdarza sie to tak często wg statystyk, praktycznie codziennie wertowałam Internet w poszukiwaniu przyczyny, szukałam w sobie przyczyny, w swoim zachowaniu, trybie życia, we wszystkim. Nic dziwnego więc że kiedy zobaczyłam kolejne dwie kreski, nie czułam radości, tylko strach i niepewność.

Pierwsza beta wynosiła 20.

To był pierwszy powód, który zasiał w moim mózgu niepewność. Uzasadnioną zresztą, bo druga beta wynosiła tylko 30. Przyrost był za niski. Czekałam więc na kolejne oczyszczanie związane z falą bólu,który tak bardzo znałam (towarzyszył mi każdego dnia). Ale krwawienie się nie pojawiło.

Skorzystałam z wizyty u ginekologa, który zasiał malutkie ziarenko nadziei. „Proszę nie patrzeć na badania krwi, poczekamy 2 tygodnie”. Dostałam luteinę dopochwową. „Proszę myśleć pozytywnie. „

Przez cały ten okres plamiłam. Po 1.5 tyg zrobiłam kolejną betę, wynosiła tylko 50. Byłam już pewna że nic z tego, odstawiłam luteinę. Ginekolog potwierdził, „Przykro mi”. Po kilku dniach zaczęło się oczyszczanie… o niebo gorsze od pierwszego… trwało dłużej, było bardziej bolesne, było go okropnie dużo, skrzepy były ogromne. Ból był nieporównywalny z żadnym innym jakiego doznałam w życiu.

Myślę że to był moment w moim życiu kiedy nie przestałam walczyć, ale w którym straciłam całkiem nadzieję i radość zwykłych codziennych rzeczy. Nie zrozumcie mnie źle. Wiem że jest dużo kobiet, które tracą Aniołki w późniejszym okresie, zdaję sobie sprawę z tego, że ich ból jest nieporównywalny z moim. Szczerze współczuję każdej kobiecie, która straciła Aniołka. Znam osobiście takie osoby, i wiem że takie coś zmienia ich życie już na zawsze. Powtarzałam sobie każdego dnia że przecież inni mają gorzej. Ale to nie pomagało.

Na początku stycznia trafiłam na konsultacje do innej lekarki, moj poprzedni lekarz zakończył współpracę z placówką, w której moja firma miała wykupiony pakiet medyczny. Opowiedziałam jej moją historię, trochę z dystansem, przecież wertując internet przeczytałam milion postów mówiących o tym, że lekarze ciąży biochemicznej nie traktują poważnie. Chciałam zrobić przede wszytskim badania, sprawdzić co tam jest nie tak. Poznać przyczynę.

Moim najwiekszym zdziwieniem był fakt, iż bardzo miła i sympatyczna Pani ginekolog, po wysłuchaniu mnie, powiedziała dwa słowa które zapadły mi mocno w pamięć.

Poronienia nawykowe. „Jest Pani od dziś traktowana jako pacjentka z poronieniami nawykowymi.”

Wdrożyła acard 150 od razu, duphaston po owulacji (w dniu wizyty pęcherzyk był już spory, wyglądało na to że jeżeli pęknie to pęknie w ciagu 3 dni). „I proszę działać, cały weekend.”

Skierowała mnie również na konsultacje genetyka, który zalecił badania naszych kariotypów i dodatkowo w moim przypadku badania zwiazane z genami opowiedzialnymi za krzepliwość krwi (trombofilie, zaburzenia zakrzepowo- zatorowe i te rzeczy). Badania na które namówiła mnie koleżanka z pracy, bo szczerze to robić ich wcale nie chciałam. „Bo po co?”Nie czułam motywacji, nie czułam potrzeby. Przekonało mnie jej jedno zdanie. „Zrób to dla siebie, nie dla dziecka. Dla Swojego zdrowia i długiego życia”.

Z początkiem lutego, około 12 dni po domniemanej owulacji zrobiłam 3 testy ciążowe. Wszystkie byly pozytywne. Testy byly różnych firm. Nie przesadnie ale ucieszyłam się. Po 3 dniach zrobiłam betę. Wynik >5.

I to był moment zwrotny w moim życiu. Wtedy powiedziałam sobie dosyć. Więcej nie dam rady unieść. Może jestem słaba, pewnie tak. Ale nie dam rady. Nie chcę. Koniec bólu, koniec myślenia, oczywiście – nie koniec starań – ale koniec nadziei. Zablokowałam w sobie uczucia zwiazane z nadzieją. Poczułam się pusta jak wydmuszka. Nie czułam nic. Ani żalu, ani gniwu, poprostu nic. I tak mi było dobrze.

I z tą właśnie pustką żyłam do 5go marca. Piątek. Ranek. W lodówce schłodzona butelka przedobrego wina białego wytrawnego, które czekało na wieczór.

I wtedy coś mnie tknęło. Coś w środku powiedziało mi, „zrób test, bo to wino jest zbyt dobre żeby mieć po nim wyrzuty sumienia.” Było około 12 dni po owulacji.

I wtedy właśnie zobaczyłam na teście dwie wyraźne kreski, które rosną pod moim sercem do dziś. A moje pyszne wino oddałam mamie 🤷‍♀️

Nie nastawiajcie się na to że później już było pieknie i kolorowo, bo niestety życie pisze inne scenariusze niż byśmy tego chcieli… ale o tym już niedługo:)

#ciążabiochemiczna #poronienianawykowe #planowanieciąży #staraniaodziecko #betahcg #mutacjegentyczne

Przywitajka.

Cześć.

Jestem Panna M., mam 31 lat.
Moje pragnienie noszenia pod sercem najpiękniejszego cudu świata, w marcu tego roku zostało spełnione [na dłużej niż 6 tygodni, ale o tym w innym poście 😉 ].
Jednak. Blog powstał z powodu kilku trudnych przeżyć związanych z tą ciążą (a pamiętajcie – ciąża ciąży nie równa) i jej wcześniejszym planowaniem. Są rzeczy których się nie spodziewałam, są sprawy o których nikt mi nie powiedział, są rzeczy których nikt nie rozumie, nawet ja sama, są uczucia których nigdy wcześniej nie doświadczyłam, i takie których nie chciałam nigdy poczuć. Uczę się swojego ciała, tego jak reaguje na rosnące we mnie szczęście, którym niestety mimo wielkiej chęci, rzadko dane jest mi się cieszyć. Ale o tym i o wielu innych sprawach, tych przyjemnych i tych mniej przyjemnych, będę pisać w kolejnych postach.

Zapraszam niedługo 🙂

#ciąża #9miesięcy #pregnancy #przywitanie #woczekiwaniu #mamaporazpierwszy