Po wyjściu ze szpitala plamiłam jeszcze jakoś do 15 tygodnia. Byłam prawie ciągle w domu, często sama. Na początku unikałam wg zaleceń dużej ilości ruchu. Po jakimś czasie wróciłam do spacerów, krótkich wyjść z psem, czy szybkich małych zakupów. Wyjście do sklepu albo rodziny mieszkającej niedaleko, czy na spacer z przyjaciółką i psem, było dla mnie czymś mega ważnym, czułam że to jedne z niewielu rzeczy, które nadal utrzymują mnie w społeczeństwie, chociaż, tak długie przebywanie we względnej samotności (pan S w pracy, często również w weekendy ) sprawiło że stałam się trochę… odseparowana, i chyba nie do końca mi to przeszkadzało.
Dostaliśmy wyniki skorygowane pierwszych badań prenetalnych. Ryzyko wad genetycznych bardzo niskie. Ale.
Białko Pappa wyszło nisko… co oczywiście przynosiło kolejny powód do zmartwienia. Mimo że to tylko statystyka… Decyzja lekarza o ponownyn powrocie do Acardu skończyła się kolejnym koszmarem o krwawieniu, ale ono postanowiło się nie pojawić, przez długi dlugi czas.
Przeskakując od ostatniego dnia plamienia do drugich badań prenatalnych, napiszę trochę o uczuciach. Bo to one w tym okresie były glówną przyczyną moich ciążowych zmartwień.
Nigdy w życiu, ale to nigdy nigdy przenigdy, bym nie pomyślała, że ciąża będzie tak trudna emocjonalnie i psychicznie. Rok 2018 byl dla mnie rokiem bardzo ciężkim, była śmierć, wypadki, choroby, wszystko co najgorsze działo się w 2018roku. Nie sądziłam że ciąża która miała być tak pieknym okresem, przyniesie tyle nieznanych i często niechcianych emocji.
Emocja 1. Strach.
Myślę że dobrze wszystkim znana rzecz. Każdy czasem się czegoś boi. Ale co się dzieje z człowiekiem jeżeli boi się 24h/dobę?
Był ze mną wszędzie, w koszmarach, na spacerze, na wizycie u lekarza, w toalecie. Wszędzie i ciągle mi towarzyszył. Przez pierwsze 4 miesiące ciąży nie czułam prawie nic więcej poza strachem. Najpierw że poronię (krwawienia i plamienia zaczęły się przed pojawieniem się zarodka w usg), pózniej dodatkowo że badania prenatalne wyjdą źle (byłam od początku na dużych dawkach leków podtrzymujących i przeciwzakrzepowych, leki na astme i tarczycę, sporo tego było, i czasem zastanawiałam się czy nie szkodzę mojemu dziecku przez te wszystkie tabletki i zastrzyki. Jednak, miłość do tej rosnącej fasolki była większa. Kiedy badania prenatalane wyszły dobrze i zaczełam się nieśmiało cieszyć, zaczełam mocno krwawić i trafiłam do szpiatala – więc ciagle bałam się że każda radość spowoduje kolejne cierpienie. Bałam sie ruchu, żeby znowu nie pojawilo się krwawienie. Bałam się że będę cierpieć, i że kolejengo cierpienia nie jestem w stanie znieść. Tak intensywna fala strachu, delikatnie zaczeła odpuszczać jak łożysko sie podniosło, i skończyły krwawienia i plamienia. Powolutku, małymi kroczkami, strach zaczął się wycofywać, a ja zaczełam poznawać siebie na nowo, bo te wszystkie wydarzenia bardzo zmieniły moją osobowość.
Emocja nr 2. Brak zrozumienia.
„Przesadzasz”, „ciąża to nie choroba”, „weź sobie wiecej leków, napewno pomogą”, „jak sie czujesz”, „nie myśl tylko o złych rzeczach”, „za bardzo sie przejmujesz” ,”kiedyś to badań nie robili a dzieci sie rodziły”,” musisz jeść”, „nie możesz sie tak denerwować”,” czemu ciagle jesteś zdenerwowana?”, „nie da sie z tobą rozmawiać „, „mam Cię dosyć”.
Nikt, dosłownie nikt kogo znam, nie był w stanie zrozumieć tego co się ze mną dzieje. Nie winię za to nikogo. Jednak, ciągły brak zrozumienia, w połączeniu z burzą hormonów które zaczęły królować w moim ciele, strachem, który czaił się za rogiem, niestety chyba najbardziej mnie zmieniły. I myślę że są to zmiany, których już się nie da odwrócić. Nie będę juz nigdy tą osobą, ktorą byłam kiedyś. Nie potrafię. Nie chcę. Czemu to piszę? Bo wiem, że jest nas wiele. Niezrozumianych, zagonionych w kąt naszych własnych strachów, dzięki komentarzom ludzi, którzy nie rozumieją jak to wszystko działa. I głupio, może banalnie to zabrzmi. Ale.
NIE JESTEŚCIE SAME. JEST NAS Z MILION I JESZCZE WIĘCEJ. Nie jest z Wami nic nie tak, mamy wszystkie prawo się tak czuć, mamy prawo się bać, być złe na cały świat i nerwowe. To że ktoś tego nie rozumie, nie znaczy że jest z Nami coś nie tak. W takich chwilach, poznaje się kto jest prawdziwym przyjacielem…
Emocja nr 3. Zawód.
To na ilu osobach się zawiodłam, to chyba ciężko będzie zliczyć. I tu nie chodzi o to, że jestem w domu, mam na wszystko czas a inni muszą pracować. Nie, nie, ja to rozumiem. Że pracują, że są zmęczeni, że chcą odpocząć. Naprawdę. Tylko jestem na zwolnieniu od 6ciu miesięcy. Poza przyjaciółkami i rodziną, tak naprawdę większość znajomych, która się deklarowała że mnie odwiedzi, wpadnie na kawę, pogadać o nowinkach, pierdołach, czymkolwiek – nigdy do mnie nie dotarła. Mowię większość, bo ktoś wpadł na kawę. Z tym że, niektórzy ludzie, o których myślałam że są naprawdę moimi dobrymi znajomymi, tak naprawdę chyba wcale nimi nie byli. Bo 6 miesięcy to jest około 180 dni, 4320 godzin, i ciężko znaleźć w takim ogromie czasu 120 min, żeby wypić ze mną kawę i pogadać? Wiem, że jest to po części spowodowane brakiem mojej mobilności, bo mam problemy z prowadzeniem samochodu, ale mogłabym podjechać autobusem na miejsce. Wystarczy tylko powiedzieć kiedy… pytałam, zapraszałam przez jakiś czas. Aż w końcu odpuściłam. Trochę niezręcznie tak ciągle się na MUS komuś wpychać do życia. Sa też osoby, dla których przestałam istnieć, bo nie imprezuję już, i nie będę siedzieć do rana na imprezie, bo o 20 marzę o tym żeby wziąć prysznic, ubrać koszulę nocną, zjeść kolację, wziąć leki i zasnąć, bo wiem że z 5 razy w nocy się obudzę, a od rana czeka mnie kolejny maraton (letrox duphaston, feroplex, luteina, neoparin, acard, prenatal, ostatnio dodana została insulina z powodu cukrzycy… ) Trudno. Już mi na tym nie zależy. Jak już pisałam wcześniej. Zmieniłam się. Bardzo.
Cieszę się bardzo, i dziękuję Bogu że mam wspaniałe przyjaciółki, które mimo pracy, rodzin, małych dzieci i miliona obowiązków, potrafią znaleźć trochę czasu. Dziękuję za rodzinę, która zawsze pomoże, martwi się i troszczy o mnie. I dziękuję też za to doświadczenie, bo wiem dla kogo jestem ważna, a dla kogo jestem tylko kolejną osobą, dla której nie warto poświęcić godziny czy dwóch. Brzmi brutalnie ? Trudno, tak jest, i to się raczej nie zmieni.
Emocja nr 4. Radość.
Żeby nie było samych negatywów 🙈 jest coś pięknego, magicznego, i zarazem pozytywnie nakręcajacego, kiedy czujesz te małe stópki jak Cię smyrają od środka 🥰. Sama w sobie nie czuję się atrakcyjna, ale naprawde nie zależy mi na tym żeby wygladać pieknie, cudownie, lekko. Cokolwiek. Wkurzają mnie komentarze typu „o jej ale ty już masz duży brzuch!” (Faktycznie, dziwne że rośnie, naprawdę nie wiem czemu on kurka rośnie?! 😶) Ale wtedy myślę sobie o tej małej słodkiej istotce, dzięki której poczułam co to prawdziwe szczęście. I złość mija. I życie staje się jakieś takie łatwiejsze. To piękne uczucie kiedy idziesz sobie z koszyczkiem w sklepie i dostajesz kopa prosto w pęcherz, i masz wrażenie że się posikasz, mimo iż 5 minut wcześniej byłaś w toalecie… 😬😅 naprawdę chyba będzie mi tego brakowało, tej więzi, zależności, uczucia że jesteś dla kogoś całym światem, dosłownie wszystkim co go otacza.
Emcja nr 5. Złość.
Złości jest dużo, oj dużo…. zwalam wszystko na hormony 🙈 ale ogólnie rzecz biorąc, stalam się bardzo nerwowa i wrażliwa na wielu punktach, które mnie nie obchodziły. Np. Ostatnio nie umiałam ułożyć naczyń w zmywarce. No nijak nie pasowało żeby się zmieściły. Po dwóch próbach zaczynam jak rośnie. Taki ogrom gniewu jakby ta zmywarka była conajmniej jakimś moim największym wrogiem który robi mi na złość… im więcej razy sie nie udaje tym bardziej się denerwuję, trzaskam drzwiczkami, klnę pod nosem. Trochę jak opętana. Ale mimo że jest to dziwne – nie potrafię tego zatrzymać, samo się zaczyna, pózniej wychodzi a później jestem na sam koniec zła na siebie, że sie w ogóle denerwuję… nie rozumiem tego mechanizmu, to się porostu dzieje. I jest to jedna rzecz której naprawdę chciałabym się pozbyć…
Podsumowując… większość uczuć w mojej ciąży, niestety jest negatywna. Brzmi okropnie, wiem. Ale tak jest. Co nie znaczy że ciąża jest „zła”. Teraz, będąc już „bliżej niż dalej”, zaczynam panikować, na samą myśl, że już niedługo, w moim brzuchu będzie znowu pusto. I szczerze mówiąc, czuję smutek. Radość, z faktu że już niedługo, w moich ramionach, będę trzymać Nasz mały cud, ale też smutek, na myśl o pustce, jaka w moim wnętrzu zostanie.